|
W
realizację tego planu włożyła dużo pracy i czasu, lecz
jej wysiłki zakończyły się kompletnym fiaskiem. Po
jakimś czasie ojciec kupił gitarę (potrafił na niej
zagrać co nieco). Gitara spodobała mi się, ale na
krótko, bo w moich rękach nie chciała zagrać nic
ładnego.
Gdy chodziłem do liceum w Radomsku, miałem drugie
spotkanie z gitarą. Nauczyciel muzyki założył szkolny
zespół gitarzystów i mandolinistów. O występach na
szkolnych akademiach z okazji różnych rewolucji nie będę
pisał. W tym zespole nauczyłem się pierwszych chwytów
gitarowych a także przebierania palcami prawej ręki po
strunach. Od tego czasu mam niechęć do grania na gitarze
kostką.
Po dwóch latach wróciłem z rodziną do Gdańska i tam
grałem w różnych zespołach, także na zabawach - był to
bowiem czas przeddyskotekowy.
Wtedy też zacząłem uczyć się klasycznej gry gitarowej.
Po kilka godzin dziennie ćwiczyłem, lecz wirtuozeria, do
której dążyłem, im bardziej się starałem, tym bardziej
oddalała się ode mnie. Czytanie nut też szło mi
koszmarnie. Dopiero po latach w radiu usłyszałem, jak
Paul McCartney mówił, że kilka razy próbował nauczyć się
nut i nigdy mu się to nie udało. Kamień spadł mi z
serca.
W czasach licealnych w ławce przede mną siedziało
dziewczę o gołębim sercu i artystycznej duszy. Dziewczę
nazywało się Marysia Kondratowicz. To ona głównie
spowodowała, że zjawiłem się w "Żaku" na "Bazunie" i
przedstawiłem na estradzie swą nieporadną twórczość
kompozytorską.
Cała moja późniejsza działalność piosenkarska związana
była z tzw. studencką piosenką turystyczną i
towarzystwem spotykającym się na Bazunach, Giełdach,
Yapach itp.
Dość szybko obarczyłem się rodziną i kwilące w domu
dzieciątka ograniczyły moje wyjazdy artystyczne.Na
Giełdzie Piosenki Turystycznej w Szklarskiej Porębie
byłem tylko raz (albo dwa?) Z przyjemnością stwierdzam,
że moja bytność została tam zauważona. Zauważono mnie
też na Bazunie, z czego byłem bardzo rad. Wybrałem się
także do Krakowa na Festiwal Piosenki Studenckiej, ale
tam wówczas zauważono Jana Wołka.
Życie upływało mi śpiewająco i spotkałem wielu ludzi,
których wspominam z sentymentem. Nie sposób wymienić
wszystkich, ale o kilku powiem: Waldek Chyliński i Jerzy
Wilmański - to do ich tekstów ułożyłem jedne z
najładniejszych (w moim mniemaniu) piosenek, Sergio
Hanibal Araujo Silva, student z zaprzyjaźnionej wówczas
z nami Kuby - grał ze mną na bębnach i to dzięki niemu
pokochałem gorące, południowoamerykańskie rytmy.
Ostatnio w moim życiu pojawiła się Grażyna Orlińska i
jej teksty, które właściwie same się śpiewają. Dzięki
niej powstały "Konie moje" pieśń, z której jestem dumny.
Grzegorz Marchowski |